A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 37 .    

    Stało się. Wszystkie ślady Projektu Bravo zostały wyeliminowane w wyniku eksplozji. Thoresen poczuł się po raz pierwszy od wielu godzin bezpiecznie.

    Nalał sobie drinka dla uczczenia tego. To dziwne, pomyślał. Jego marzenia legły w gruzach, a on nadal czuł się dumny. Mimo wszystko zwyciężył Imperatora. I nie musiał już nic więcej robić, pozostało mu tylko czekać, aż oficerowie Gwardii zapukają do jego drzwi, podziękować im za przybycie na ratunek i oddać się w ich ręce.

    I co Imperator może mu zrobić? Postawić przed sądem? A za co? Nie było żadnych dowodów. Poza tym, myślał Thoresen, Imperator nie zechce przyznać publicznie, że może istnieć jakaś alternatywa dla jego monopolu na AM2.

    Zapewne Baron będzie musiał pogodzić się z jakąś pomniejszą pozycją w zarządzie Kompanii. Wzruszył ramionami. Może i zabierze to kilka lat, ale dostanie się znowu na szczyt. I wtedy zobaczą. Oni wszyscy zobaczą.

    Nagle Thoresen zorientował się, że jest całkiem szalony. Zaśmiał się. Cóż to za dziwaczna rzecz, móc powiedzieć o sobie coś takiego. Tak, jakby się było jakąś inną osobą gdzieś na zewnątrz, patrzącą na samego siebie, notującą myśli i czyny. I analizującą je jak jakiś Tech bakterie. Coś wypełzło z głębi jego umysłu. Czy Sten naprawdę zginął? Ta eksplozja? Nie była dokładnie taka, jak oczekiwał. Jakaś inna. Thoresen stwierdził, że chciałby, żeby Sten przeżył. Zakrzywił palce, wyobrażając sobie, że zaciska je na miękkim gardle Miga. Sten, pomyślał. Sten. Chodź do mnie.

    Rozległ się za nim jakiś dźwięk. Thoresen uśmiechnął się do siebie i odwrócił.

    Sten stał w odległości kilku metrów i podchodził cicho. W jego dłoni błyszczał nóż.

    - Dziękuję ci - powiedział Thoresen - że przybyłeś na wezwanie.

    Sten zawahał się. Zdziwiony.

    - Znasz mnie?

    - Tak. Gruntownie. Zabiłem twoją rodzinę.

    Sten ruszył ku niemu, dłonią uzbrojoną w nóż celując w gardło. Thoresen uchylił się, potykając lekko, gdy nóż dotknął ramienia zostawiając krwawy ślad. Kopnął z boku i poczuł dreszcz przyjemności słysząc głuchy trzask łamanego nadgarstka Stena. Nóż uleciał z ręki i znikł w trawie.

    Sten zignorował ból, obrócił się, aby uniknąć ciosu, i uderzył zdrową ręką. Podrapał twarz Thoresena. A Baron cofał się. Sten przysiadł, przewidując atak. I zorientował się szybko, że Thoresenowi nie chodzi o niego. Tuż za plecami Stena, w odległości kilku metrów była kolekcja broni. Baron zmierzał właśnie tam.

    Sten podbiegł szybko do ściany, zacisnął dłonie na antycznej strzelbie, podczas gdy Thoresen dosięgnął tego, co wybrał, i otworzył ogień. Chłopak zanurkował przy ziemi, trzymając strzelbę w górze. Wypalił. Poask trafił w oświetlenie kopuły nad ich głowami. Ciemność. Przetaczał się z miejsca na miejsce unikając naboi z AM2 przecinających ciemność, szukających go.

    Przeczołgał się za drzewo. Dookoła niego eksplodowały kawałki ziemi i drewna. A potem cisza. Sten nasłuchiwał. Dochodziły ciche odgłosy poruszeń przeciwnika w ciemnościach. Pomyślał, że już podchodzi do niego. Przygotował się na skok. Trzask. Długi zgrzyt. I Thoresen otworzył klatki.

    Zza krat wybiegły dwa tygrysy. Dwie wielkie, zmutowane szare bestie z Bengalu. Warczały cicho. Wymachiwały ogonami. Baron nacisnął guzik kontrolny. Coś je ukłuło w obrożach, obróciły się i oddaliły.

    Sten przeciskał się przez krzaki. Gdzie jest Thoresen? Dlaczego nie nadchodzi? Szelest obok niego. Miękkie stąpanie. Sten obrócił się, gdy tygrys zaatakował. Odbił się. Potem wielki skok, prosto na niego.

    Cofnął się, złączył stopy i wyprostował przed sobą wkładając w to całą swoją siłę. Trafił i tygrys przeleciał ponad nim. Wylądował wijąc się. Usiłował wstać, potem upadł. Martwy, jego szyję zdruzgotał kopniak Stena.

    Sten wstał, usiłując zapomnieć o bólu w bezużytecznym nadgarstku. Mdłości podchodziły mu do gardła. Teraz. Tutaj! Dźwięk. Thoresen, pomyślał.

    Światła kopuły zapaliły się na nowo. Sten zamarł na chwilę, oślepiony blaskiem. Potem zanurkował w poszukiwaniu schronienia, gdy rozpoczął się znowu ogień z karabinu. Skrył się za jakimś drzewem. Ile strzałów? Nie słyszał, aby Thoresen załadowywał broń na nowo. Musi mieć już mało amunicji. Sten rozejrzał się dziko dookoła, szukając jakiejś broni.

    Obok stał tygrys, wymachując ogonem. Przygotowywał się do skoku. Potem warknął, aby zatrzymać go na miejscu. Sten zmusił się do śmiechu, dzikiego, niemal histerycznego chichotu.

    - Mam już drugiego, Thoresen! - wrzasnął.

    Baron otworzył ogień. Trafił w tygrysa w chwili, gdy ten skakał na Stena. Zwierzę obróciło się w locie i martwe zwaliło na ziemię. Thoresen nadal strzelał. I nagle rozległ się suchy trzask opróżnionego magazynka. Wtedy zza krzaków zaatakował Sten.

    Thoresen dostrzegł go, szukał desperacko drugiego magazynka. Nic. Ruszył szybko do tyłu - złapał pierwszą broń, na jaką natrafił. Ostrze szabli zabłysło, gdy zrywał ją ze ściany i uderzał.

    Sten przypadł z bólu do ziemi, gdy czubek ostrza trafił go pomiędzy żebra. Uchylił się przed następnym ciosem, szukając jakiejś broni. Jakiejkolwiek. Znalazł.

    Rapier zabłysnął, gdy Thoresen uderzył znowu. Głośny brzęk, kiedy zetknęły się ostrza. Sten przesunął lekko nadgarstek, niemal niedostrzegalnie, i szabla Thoresena ześlizgnęła się. Skoczył do przodu, poczuł lekkie uderzenie w coś miękkiego. Thoresen! A potem rapier prawie wyleciał mu z dłoni, gdy Baron sparował cios. Sten cofnął się.

    Ujął mocniej rapier. Próbował podejść trzymając go we właściwy sposób. Potem pomyślał o nożu, rozluźnił mięśnie. Thoresen zrobił krok do przodu, uśmiechał się i wymachiwał ostrzem szabli tam i z powrotem.

    Nic z tego, pomyślał Sten. Oręż Thoresena był zbyt mocny i wytrzymały. Jego rapier stanowił tylko wysmukły kawałek zaostrzonej na końcu stali. Sprężystej stali. Sten nagle zorientował się, że to może być zaleta. Sprężystość. Nieważne, jak mocno uderzy Thoresen, zawsze zdoła cofnąć swój rapier.

    Thoresen uderzył. Ostrza spotkały się. Rapier jak wąż wił się dookoła szabli, używając jej siły do odparcia ciosu. Sten przesunął się do przodu, poczuł, że czubek natrafił na opór usłyszał jęk ranionego Thoresena.

    Sten cofnął się na chwilę pod naporem ataku. Pauza. Baron stał przed nim, chwiejąc się lekko i brocząc krwią z kilku ran. Ale najwyraźniej nic poważniejszego mu się nie stało.

    Ruszył do przodu, uderzając mocno. Sten usiłował sparować, ale ostrze rapiera ześlizgnęło się i poczuł, że szabla zagłębia się w jego ramieniu, a potem odsuwa się, poza zasięg jego broni.

    Thoresen był już pewien, że zwyciężył. Sposób, w jaki opadł rapier Stena, upewnił go, że jego ostatni cios unieszkodliwił używaną do walki rękę.

    Zaatakował, uderzając w dół. Nie trafił, gdy Sten sparował cios, ale i pozbawił się częściowo osłony. Thoresen przygotował się do ostatniego pchnięcia.

    Wrzasnął głośno, gdy czubek rapiera pogrążył się w jego łokciu. Szabla upadła i Thoresen sięgnął po nią w desperacji, zaciskając palce na stali. Odrzucił broń od siebie, czując, że dłoń zmienia się w siekany befsztyk.

    Uderzył kantem zdrowej dłoni, celując w obojczyk Stena. Poczuł, jak kość poddaje się i uderzył ponownie. Ale Sten zablokował uderzenie i cofnął się ze zwisającym ramieniem. Usiłował utrzymać się na nogach.

    Thoresen wymierzył następny cios i Sten poczuł straszliwy ból, gdy odparł go swoim rannym ramieniem. Uderzył ręką z całej siły, trzymając palce jak ostrze. Poczuł, że żebra Thoresena trzaskają jak suche drewno. Odsunął się szybko, aby uniknąć kontrataku, ale potknął się i przykląkł na jedno kolano. Baron był już na nim, usiłując zacisnąć rękę na szyi Stena.

    Sten uderzył z całej siły. Poniżej żeber. Kości znowu pękły. Dalej. I dalej. Miękka wilgotność.

    Thoresen wrzasnął z bólu. Sten wyrwał mu serce z piersi.

    Thoresen patrzył na Stena. A potem upadł.

    Sten popatrzył z osłupieniem na bijące w jego pięści serce. Potem w dół, na ciało Barona. Obrócił się, i rzucił drgający organ daleko w krzaki, gdzie leżały martwe tygrysy.

    Niespodziewanie posłyszał krzyki, spojrzał w tę stronę. Spieszyły ku niemu jakieś mgliste sylwetki. Usiłował zrobić krok.

    Bet złapała go, nim upadł. Złożyła nieprzytomnego na ziemi.

następny